Uwaga! Strona jeszcze przed konwersją na nowy serwer!
menu: ŚWIAT


Wyprawy Małego Podróżnika: TURCJA - jesień 2012




Dzień 15 - Na spotkanie z tajemnicą Nemrut Dagi...

Dziś trzynasty, ale nie piątek... Dobra data do transferu. Opuszczamy Kapadocję i... ruszamy w kierunku południowo-wschodnim. Mamy docelowo zmierzyć się z historią w miejscu magicznym - na górze Nemrud Dagi. Na razie po nocnych wyczynach wymogliśmy wyjazd o 8.30. Wtsać i tak trzeba wcześnie, zjeść śniadanie, spakować do końca, znieść bagaże, znieść śpiące dzieci... Podróże to nie bajka... :-)

No ale udało się. Już o 8.30 jedziemy po raz ostatni krętymi uliczkami Urgup by złapać szeeeeeeroką drogę i pędzić nią do... pierwszego postoju. A pierwszy postój wypada nam w mieście Kahraman Maras. Trochę byliśmy przerażeni, że będziemy musieli skręcić z czteropasmówki do dużego miasta i stracić pół godziny na samo przebijanie się ale szczęśliwie Orhan zna dobre miejsce przy głównej drodze. Nigdzie więc nie zjeżdżamy tylko zatrzymujemy się na parkingu przed wielofunkcyjnym budynkiem z widokiem na naszą trasę szybkiego ruchu.

No to może wyksztuszę wreszcie po co ten postój... na obiad oczywiście. Obiad jest jak najbardziej prawdziwym powodem, ale jest również powód ważniejszy o którym dowiedzieliśmy się w Biurze Radcy ds. Kultury i Turystyki Ambasady Turcji. W Kahraman Maras są najlepsze w całej Turcji tradycyjne...... LODY!

Czy lody mogą się różnić? TAK! Czy aż tak, że to może zwykłe podniebienie poznać? TAK! Czy były naprawdę tak rewelacyjne, że warto się tu zatrzymać? TAK! Tajemnica tkwi w mleku. Otóż lody te robione są w 100% na mleku... kozim! Miałem kiedyś epizod kulinarny z kozim serem i musiałem kęs wypluć pod stół na oczach norweskiego gospodarza symulując wypadnięcie sztucznej szczęki/szkła z okularów/konieczność zawiązania buta (niepotrzebne skreślić). Czy takie lody mogą być dobre? Oj! Mogą być! Nie tylko dobre ale niesamowicie pyszne!

Jeżeli nasz podróżnik kulinarny R. Makłowicz zechce popełnić coś o lodach to polecam właśnie realizację programu tutaj. Najpierw jemy obiadek pyszny jak zwykle ale też wzbogacony o dzieło pani zajmującej stanowisko do robienia tradycyjnych naleśników tureckich o średnicy metra prawie, składanych wielokrotnie i przekładanych np. pysznym serkiem.

Po obiedzie udaliśmy się do drugiej części budynku gdzie była cukiernia. Nie skorzystałem z tej oferty przypominając sobie, że mój dietetyk mnie za to zabije (żarcik). Część cukierni zajmowała exterytorialna lodziarnia mająca lody w trzech kategoriach: lodówka sieciówki z lodami w papierkach... Błe... Lody gałkowane takie zwykłe... też błe... I wreszcie lody przy których trzeba się nieźle natrudzić czyli te tradycyjne.

Oczywiście zwykłe lody ominęliśmy z pogardą udając się na zewnątrz, gdzie to tam właśnie ku szosie było miejsce do zakupu, obserwacji i degustacji TRADYCYJNYCH lodów. Jak te tradycyjne rozpoznać? Dość łatwo. Lodziarz ma w ręku coś w rodzaju pręta zbrojeniowego fi=10mm z rozklepanym na kształt dzidy końcem. Otwiera komorę z lodami i wbija z rozmachem pręt w lodową masę. Głęboko sięgnąć nawet wkładając pełnię siły nie jest w stanie. ale jak dobrze trafi i chce się popisać to... wyciągnie wam całą ogroną bryłę lodów z pojemnika (i z 10 kg) pomacha nią, powyciąga i schowa z powrotem.

Istna lodowa magia! Ale konsystencja tych lodów jest niezwykła! Nie da się ich nabrać na łyżkę tylko trzeba tą stalową dzidą wyrąbać odpowiedni kawałek by wszedł do wafelka, a później jeszcze wyrąbać i dokleić do pierwszego jeszcze ze dwa. Kiedy klient zapłacił i chce dostać swojego loda warto mu jeszcze zrobić jakiegoś psikusa np ukrywakąc fakt, że są dwa wafelki. Kiedy pociągnie do siebie loda dostanie wafelek, a lód pozostanie u lodziarza.

Kiedy jednak udało nam się zdobyć te lody pierwsze liźnięcie już zdumiało nas ich konsystencją. To że stalową dzidą były wyłamywane kawałkami z bloku to dawało do myślenia iż to lodowe kawały. Nic bardziej mylnego! Są jedwabiste i bardzo delikatne. A ciągną się jak nasze krówki ciągutki! Mimo koziego mleka nie mają absolutnie żadnego dziwnego smaku. Są nieziemskie i pewnie ich receptura pochodzi z kuchni Dionizosa.

Wprawieni w błogostan przez te lody docieramy do Kahty, naszej bazy wypadowej na górę Nemrut. To właśnie na tej górze spotkamy się z historią i tajemnicą króla Antiocha. Wybudował tu ok 60 r p.n.e mauzoleum i panteon swojej sławy. Szczyt góry jednej z najwyższych w całym paśmie (2134mnpm) stał się kamieniołomem gdzie wykuto rzeźby wielkie na 8 metrów. Były to postacie Antiocha i jego rodziny oraz bogów, a także lwy i orły. Zostały rozmieszczone na trzech tarasach, a między nimi usypano kurhan, który oparł się nawet dynamitowi współczesnych badaczy. Kurhan ma 50, a miał podobno nawet 70 metrów wysokości. Usypany jest z kamieni i ma z 200 metrów średnicy. Nic dziwnego, że do dziś nie wiemy co okrywa... czyżby grób Antiocha... pewnie tak...

Dwie rzeczy robią tu największe wrażenie. Pierwsza to kurhan, dzięki któremu szczyt wyróżnia się tak, iż nie sposób go pomylić z żadnym innym. Druga to rzeźby, które przetrwały na zachodnim i wschodnim tarasie. Na wschodnim tarasie widać siedzące, ogromne bezgłowe tułowia u stóp których stoją ich wielkie głowy. Największe bloki skalne ważyły nawet 9 ton! Nie transportowano ich z daleko, wykorzystano skały z wierzchołka góry, ale ustawienie tego wszystkiego w całość to był majstersztyk!

Monumentalizm założenia miał zapewnić Antiochowi, że będzie to miejsce trwało do końca świata i może nawet o jeden dzień dłużej jak Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy i tak było przez prawie 2000 lat! Raporty jakie po 1881 roku, odkrywca tego miejsca dla współczesnego świata Charles Sester słał sułtanowi świadczyły, że posągi były nienaruszone. Musiało jednak przyjść silne trzęsienie ziemi i głowy posągów stoczyły się do ich stóp. Stoją teraz przywodząc na myśl Wyspę Wielkanocną.

Z Kahty docieramy na parking na stoku góry Nemrut. Teraz trzeba mozolnie wtargać sprzęt foto na górę i zdążyć przed zachodem słońca. Chłopcy zachwyceni ilością kamieni szaleją, a ja dysząc targam klamoty na górę. Ścieżka schodami prowadzi przez taras wschodni - teraz w cieniu. Obchodzimy szybko kurhan i idziemy na taras zachodni zalany słonecznym już złotawym, ale jeszcze mocnym światłem. Posągi są otoczone ogrodzeniem i strzeżone. Mamy stosowne pozwolenia ale niektórzy turyści niezadowoleni, że my możemy, a oni nie, utrudniają nam (głupole) fotografowanie rzucając cień na posągi. Małość ludzka potrafi być zaiste wielka...

Po zrobieniu pierwszych zdjęć wycofujemy się na z góry upatrzone kadry i czekamy na to co nam zafunduje natura. A spektakl na niebie zaczyna się niesamowity. Kiedy ja fotografuję na tele posągi, Ania krzyczy - Patrz na niebo!

Faktycznie to co się dzieje to przechodzi wszelkie oczekiwania. Takie zachody słońca mamy sfotografowane na Madagaskarze, ale ten dzisiejszy w niczym im nie ustępuje. Porzucamy więc posągi na rzecz chmur i płonącego nieboskłonu. Słońce zachodzi szybko i wszystkie grupy turystów poganiane przez przewodników schodzą w dół. Była też z nami grupa Polaków!

Zostajemy sami z naszym przewodnikiem i bierzemy się do pracy. Rozstawiamy oświetlacze LED i zaczynamy kreować świetlną rzeczywistość. Dawno nie miałem takiej radości z fotografowania! A góra i posągi wdzięczne chyba za nasz entuzjazm pozowały spokojnie. Żałowałem tylko, że nie mamy całego naszego sprzętu oświetleniowego - dopiero byśmy oświetlili górę Nemrut!

Chłopcy ubrani w polarki byli szczęśliwi bo dawno nie mieli tylu kamieni do przekładania. Jakby ich zostawić na tydzień tam to dali by radę rozebrać kurhan czemu dynamit nie dał rady. Tu też sprawdziła się prawda o tym, że trzeba przewidywać i zaopatrywać dzieci tak jak dorosłych. Kiedy my pamiętamy o latarkach dla siebie trzeba pamiętać o latarkach dla dzieci. Mając własne latarki znakomicie dawali sobie radę w marszu i świetnie się bawili. Gdyby nie mieli latarek byliby wściekli i rozżaleni...

Pełni wrażeń po nocy schodzimy na parking. Powrót szaloną, krętą i wąską drogą do Kahty i spać bo... wracamy tu za wschód słońca! Ta noc będzie BARDZO krótka....

ZDJĘCIA:


Opuszczamy Kapadocję... czas na nowe wyzwania!


Ośnieżone stoki Erciyes Dagi - wygasły wulkan 3916 metrów!


Panie Boże dzięki za tablety - dzieci mniej się nudzą na transferach...


A za oknem samochodu mniej...


...lub bardziej urozmaicone krajobrazy.


Czas na obiad w Kahraman Maras...


...tu robi się tradycyjne naleśniki.


Moje danie - wrzecionka z ciasta faszerowane baraninką.
Ania jadła sałatkę, a chłopcy spaghetti...


A za ścianą cukiernia ale ważniejsze są...


...tradycyjne lody!


Większość tureckich lodziarzy spokojnie by pobiła rekord Polski
w rzucie oszczepem...


Prosze! Najlepsze lody w Turcji!


Upsss! Stary numer - Ania dostała tylko wafelek...


Pięknie malowane motocykle.


Z Kahty jedziemy...


...w góry zdobyć...


....384 zakręty...


...oraz...


Nemrut Dagi! To ta góra z prawej.
Dziwny wierzchołek to usypany kurhan grobowy króla Antiocha.


Czas na wspinaczkę.


...


Wreszcie zalany jeszcze jasnym słońcem...


...taras zachodni.


Biwak oznacza, że chłopcy mogą się super pobawić.


Rumowisko rzeźb z kurhanem w tle.


Fragmenty fryzu.


Król Antioch I.


Zeus.


...


Królewskie orły strzegły ołtarza.


Ania ma nowe koleżanki.


Słońce i chmury...


...dają dziś niezwykły spektakl - magia G. Nemrut?


...


...


Kiedy turyści schodzą, my rozstawiamy światła...


...i bierzemy się do pracy.


...


Czas na nocne zejście - jutro wrócimy tu przed wschodem słońca!

Nasz fotokast z Nemrut Dagi!

Długo w nocy stuka w klawisze: Krzysztof; poprawia: Ania;
inspirują jak zwykle niezawodni Michaś i Staś.

.:. POPRZEDNI DZIEŃ .:. fotoblog menu .:. NASTĘPNY DZIEŃ .:.







Dzień 15 - 13 X




Wyprawa
..:: Fotoblog - MENU ::..



..:: Strona główna wyprawy ::..



Nasza książka!
W serii Mali Podróżnicy w Wielkim Świecie wydawanej przez National Geographic ukazała się książka o naszej Tureckiej wyprawie!



Obecnie jest jej nowa, uzupełniona wersja jako e-book w naszym sklepie NAMIB.pl!